Nie jest to łatwa praca.
(Dziesięciolecie fundacji w Stróżach)
Czym dla Pana jest fundacja, którą powołał Pan do istnienia przed dziesięciu laty?
Fundacja jest dla mnie spełnieniem obietnic, jakie złożyłem niegdyś względem Boga, mojego umierającego brata i względem siebie. Stróże, które dziś jednoznacznie kojarzą się wszystkim z polską stolicą osób niepełnosprawnych są spełnieniem moich marzeń o miejscu, w którym osoby chore i doświadczone przez los mogłyby odnaleźć spokój, potrzebną profesjonalną pomoc i wypoczynek. Muszę tutaj dodać, że gdy przed laty przystępowałem do realizacji marzeń o ośrodku - centrum rehabilitacyjnym w Stróżach, gdy wielu ludzi stukało się wymownie po głowie, inspirowałem się dwiema postaciami, które w sposób szczególny umiłowały osoby niepełnosprawne. Zawsze podziwiałem Ojca Świętego Jana Pawła II, patrzącego z wielką troską na chorych i ułomnych. Papież Polak, niegdyś silny, dobrze zbudowany mężczyzna, z biegiem lat sam doświadczył niepełnosprawności i pokazał całemu światu jak pogodnie przejść przez trudy dnia, gdy jest się doświadczonym chorobą. Encykliki Jana Pawła II, adhortacje, listy, homilie pełne są napomnień, aby nie przechodzić obojętnie obok osób potrzebujących i chorych. Nauczanie papieskie jest najlepszym dowodem na to, że można żyć według zasad ewangelicznej miłości względem drugiego człowieka.
Drugą osobą, która zainspirowała mnie do budowy centrum rehabilitacyjnego w Stróżach był święty Ojciec Pio. Ten niezwykły kapucyn z Pietrelciny pokazał, że w czasach najtrudniejszych, powojennych można wybudować szpital - Dom Ulgi w Cierpieniu, gdzie bezinteresownie świadczona jest pomoc medyczna dla wszystkich potrzebujących, szczególnie dla ofiar wojennych.
Właśnie temu włoskiemu zakonnikowi poświęciłem moje dzieło. Centrum Szkoleniowo - Rehabilitacyjne w Stróżach nosi właśnie Jego imię.
Jednak nie tylko święty Ojciec Pio patronuje Fundacji. Jest przecież placówka, która nosi imię Chrystusa Króla.
Rzeczywiście, w roku 2006 oddaliśmy do użytku Hospicjum im. Chrystusa Króla, będące częścią Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym. Ten ośrodek, który obejmuję szczególną troską jest miejscem, gdzie tu - na ziemi człowiek styka się z misterium przechodzenia z życia do życia. Nie chcę mówić do śmierci, bo wierzę, że wraz z końcem pielgrzymowania ziemskiego, zaczyna się nowy etap - życia w Chrystusie. Między innymi dlatego nasze hospicjum nosi imię Zbawiciela. On jest początkiem, będącym u źródeł życia każdego człowieka. Z Chrystusem także spotkamy się zaraz po zakończeniu ziemskiej wędrówki, gdy przyjdzie nam stanąć u drzwi Domu Ojca Niebieskiego. Głęboko w to wierzę. Patrząc na misterium duchowego przechodzenia, którego jesteśmy świadkami w stróżańskim hospicjum, jeszcze mocniej doświadczamy ceny życia i olbrzymiej wartości każdego człowieka. Hospicjum jest miejscem, gdzie wciąż na nowo uczę się kochać bliźniego, tutaj jeszcze pełniej dostrzegam postrzegam potrzebę niesienia samarytańskiej pomocy.
Jak to się stało, że długoletni pracownik kolei, znany związkowiec solidarnościowy, syn Ziemi Grybowskiej wybudował tak piękny ośrodek, którym zachwycają się goście nie tylko z Polski, ale także i z różnych zakątków świata?
Fundacja nie jest dziełem tylko jednego człowieka. Sam niczego bym nie dokonał. Pomagali mi i wciąż pomagają ludzie o wielkim sercu. Dlatego wśród licznych wydawnictw pojawia się hasło "Serce Innym". Na czele fundacji stoi rada fundatorów złożona z samych szlachetnych ludzi, którzy chcą pomagać chorym i doświadczonym przez los. Jak to się stało, że udało się nam wybudować te wszystkie, wspaniałe ośrodki? Nieustanną pracą. Jestem człowiekiem wychowanym w ciężkich warunkach materialnych, nie pochodzę z zamożnej rodziny. Jak każdy człowiek mam własne marzenia. Nauczyłem się jednak nie kończyć na bujaniu w obłokach. Uważam, że poprzez ciężką pracę można dążyć do realizacji marzeń. Trzeba tylko podchodzić do wszystkiego, co się robi z pasją i sercem. Trzeba szukać sposobów na to, jak zarazić szlachetną ideą innych ludzi. Jest to realne. Dowodem niech będzie nasza fundacja. Nie jestem typem prezesa z pięknym gabinetem, wygodnym fotelem, bogatym wystrojem. Na terenie fundacji nie mam nawet własnego gabinetu. Wszystkie pomieszczenia oddałem na służbę drugiemu człowiekowi. Moim fotelem jest fotel w pociągu, lub samochodzie, gdy codziennie szukam nowych, lepszych rozwiązań dla naszej fundacji. Moim gabinetem są poczekalnie do ministerstw i biur sponsorów, którzy mogą pomóc osobom niepełnosprawnym. Odkąd pamiętam, od poniedziałku do piątku wciąż jestem w drodze, wciąż pukam i kołaczę, aby mi otworzono. Proszę, żeby mogło być dane.
Dzisiaj faktycznie przyjeżdżają do Stróż delegacje z Polski, z całego świata - niedawno była delegacja z Japonii. Wszyscy pytają, skąd w takiej wiosce biorą się najnowsze rozwiązania techniczne i medyczne służące osobom niepełnosprawnym. Odpowiadam wówczas - z ciężkiej pracy.
Nie żałuje Pan, że codzienność upływa na nieustannej jeździe od drzwi do drzwi, a przecież mógłby Pan, jak wielu innych ludzi rozwijać swoje pasje, wypoczywać, grać np. w golfa albo w tenisa.
Nie żałuję ani jednego dnia, jeśli chodzi o dziesięcioletnią działalność fundacji. Moją pasją są właśnie niepełnosprawni, których wyciągamy z czterech ścian pustych mieszkań, których wydobywamy z marazmu, którym przywracamy uśmiech na twarze. Gdy w 2004 roku spotkałem się z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, ten Wielki Papież pobłogosławił naszej fundacji i chociaż był już bardzo schorowany, zdobył się na uśmiech i powiedział: "dziękuję za to, co robi Pan dla osób niepełnosprawnych. Dziś sam jestem niepełnosprawny i cieszę się, że jako osoba chora mogę wyrazić wdzięczność w imieniu wszystkich, którzy dźwigają ten ciężki krzyż." Nie zapomnę tamtego spotkania z Janem Pawłem Wielkim. Niektórzy myśleli, że to spotkanie było ukoronowaniem mojej pracy, że teraz trochę zwolnię tempo. Ja jednak nabrałem jeszcze więcej sił i energii do jeszcze wydajniejszej pracy na rzecz potrzebujących.
Dziś mamy w Stróżach piękny ośrodek, centrum szkoleniowo - rehabilitacyjne im. Ojca Pio, pływalnię, gabinety odnowy biologicznej, przedszkole integracyjne, oddział szpitalny, ośrodek hipoterapii, hospicjum. Wspomagamy różnymi szkoleniami i kursami do aktywności zawodowej osoby niepełnosprawne i w pełni zdrowe. Wspomagamy szkoły w programach profilaktycznych w temacie korygowania wad postawy, mamy infrastrukturę drogową dostosowaną do potrzeb osób o ograniczonych możliwościach komunikacyjnych. Posiadamy zaplecze hotelowe i kafejkę internetową, mamy do dyspozycji pełnowymiarową halę sportową. Obecnie jednak pragnę zrealizować kolejne moje marzenia. Po pierwsze - chcę, aby w Stróżach powstał stadion paraolimpijski, na europejskim poziomie. Pragnę także, aby na terenie starej żwirowni wybudowano sztuczny zalew, do którego można by dojechać specjalnie przystosowaną dla wózków inwalidzkich drogą - z centrum rehabilitacyjnego. Są to marzenia moje i nie tylko moje. Będę dążył do ich realizacji.
Dziś obchodzimy dziesięciolecie istnienia Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym w Stróżach. Czy to dużo, czy nie dużo? Jak Pan ocenia ten czas.
Dużo, jeśli chodzi o świadectwa, które ludzie pozostawiają w naszych kronikach, w głównym hallu centrum rehabilitacyjnego. Dużo, jeśli chodzi o liczne sympozja naukowe, koncerty, spartakiady integracyjne i inne wydarzenia pozwalające choć na chwilę ludziom zapomnieć o ułomności. Dużo, pod względem ilości serca włożonego przez pracowników fundacji w codzienną troskę o chorych i potrzebujących bliźnich.
A nie dużo, jeśli chcieć wziąć pod uwagę to, ile człowiek jest w stanie zrobić dla innego człowieka. Tych możliwości jest naprawdę mnóstwo i tutaj nigdy włożonych starań i pracy nie będzie za dużo. Trzeba tylko bardzo chcieć. Faktycznie dużo - mamy jeszcze do zrobienia. Nie jest to łatwa praca. Ale jak mawiał Jan Paweł II: "Wyznanie wiary wiele kosztuje, ale wy nie możecie przegrać miłości, miłości do drugiego człowieka"
