10 kwietnia 2011 r.
- Trudno dziś opisać to, jak czuliśmy się tam w Katyniu, gdy dochodziły do nas pierwsze informacje o katastrofie prezydenckiego samolotu, wspomina senator Stanisław Kogut. Podczas uroczystości rocznicowych w sądeckim ratuszu parlamentarzysta opowiadał o atmosferze panującej wśród oczekujących na przybycie polskiej delegacji na obchody 70. Rocznicy zbrodni katyńskiej. Przyjechaliśmy na miejsce pociągiem. Na początek zaproszono nas, posłów i senatorów na posiłek w zajeździe.
Jednak stamtąd szybko z posłem Arkadiuszem Mularczykiem wyszliśmy, ponieważ chcieliśmy koniecznie zobaczyć rampę kolejową, znajdującą się w pobliżu - na którą przywożono bydlęcymi wagonami jeńców do tutejszych łagrów. Musieliśmy jednak zawrócić, ponieważ nakazali nam powrót rosyjscy milicjanci. Dopiero po godzinie, na skutek próśb zabrano nas wszystkich z karczmy autobusem w to miejsce, gdzie znajduje się rampa. Podeszliśmy tam i modliliśmy się o wieczny spokój dla ofiar sowieckiego terroru.
Po dłuższej chwili udaliśmy się do lasu katyńskiego, gdzie znajdują się słynne tablice, ponieważ tam, przy polowym ołtarzu miały się odbyć zaplanowane uroczystości. Mieliśmy jeszcze zapas czasu, dlatego wraz z małżonką poszliśmy szukać tablic upamiętniających dwoje krewnych mojej żony, z rodziny Igielskich, rozstrzelanych w Katyniu. Znaleźliśmy je i w szczelinę pomiędzy mosiężnymi tabliczkami wetknęliśmy polską flagę z orłem w koronie. Poszedłem także zobaczyć wagon bydlęcy, który został tam postawiony, jako świadectwo i pomnik. Wszedłem do środka i zobaczyłem podłogę z desek, drewniane proste prycze przykryte słomą i płóciennymi workami. Na środku wagonu znajdował się prowizoryczny piecyk.
Po godzinie od pierwszej wiadomości już wiedzieliśmy że nikt nie ocalał. Informację o skutkach tej niepojętej tragedii przekazał po pewnym czasie minister Jacek Sasin. Szybko zadecydowaliśmy, że zaraz po mszy świętej, której głównym celebransem był kapelan środowisk harcerskich - postanowiliśmy jak najszybciej wrócić pociągiem do kraju. Na miejscu, gdzie miała siedzieć para prezydencka położyliśmy wiązankę biało czerwonych kwiatów, a na każdym krześle przewidzianym dla uczestnika prezydenckiej delegacji - położyliśmy chorągiewki z barwami narodowymi. Przez całą drogę powrotną dzwonił mój telefon, tak samo było u każdego pasażera wracającego z uroczystości do Polski. Nie wiem, ile ich odebrałem, ale miałem wrażenie, że ciągle dzwoni. Jedni dzwonili, żeby sprawdzić, czy aby na pewno pojechałem do Katynia pociągiem i słysząc mój głos mówili - dzięki Bogu. Inni dzwonili i prosili o komentarz do tego, co działo się tam w Katyniu podczas oczekiwania na oficjalne uroczystości. Dzwoniło wielu dziennikarzy. Przyjechałem do Polski i od razu włączyłem się w organizację uroczystości pogrzebowych. Gdy zapadała decyzja o pochówku prezydenta i jego małżonki na Wawelu - zaproponowaliśmy wraz ze środowiskiem kolejarzy, żeby parę prezydencką przewieźć przez cały kraj pociągiem z Warszawy do Krakowa. Dziś, gdy pomyślę o tamtych dniach i tamtych przeżyciach wciąż uwierzyć nie mogę, że doszło do tak tragicznego wydarzenia.
